Strona z kreatora AI czy WordPress? Założyłem konto i sprawdziłem, co się dostaje

Założyłem konto w kreatorze stron opartym na AI, wygenerowałem stronę i przeszedłem cały panel. Co robi dobrze, czego nie zrobi wcale, czy da się zmienić treści i zdjęcia — i dlaczego nie ma tam eksportu.

WordPress

Klienci coraz częściej zaczynają rozmowę tak: „a nie prościej kliknąć to sobie w kreatorze z AI za kilkadziesiąt złotych miesięcznie?”. Odpowiadanie na to z pozycji wykonawcy, który ma w tym interes, nie ma sensu. Zrobiłem więc rzecz uczciwszą: założyłem konto w jednym z takich kreatorów, wygenerowałem stronę i przeszedłem cały panel, klikając w każdą zakładkę.

Nie podaję nazwy, bo to nie jest recenzja jednej firmy — kilku dużych dostawców hostingu ma dziś praktycznie to samo. Wnioski dotyczą kategorii narzędzi, nie konkretnego produktu. Wynik mnie zresztą częściowo zaskoczył.

Od razu streszczenie, żebyś nie musiał czytać całości: to ciekawe rozwiązanie i naprawdę działa. Jest tylko mocno szablonowe — poruszasz się w obrębie tego, co system przewidział, i ani kroku dalej. A najważniejsze mówi się tam najciszej: kiedy przestaniesz płacić, strona znika. Domenę owszem, możesz mieć własną.

Jak to wygląda w praktyce

Podajesz nazwę firmy i w kilku zdaniach opisujesz, czym się zajmujesz. Po kilku minutach masz gotowy serwis: stronę główną, podstrony usług, portfolio, blog, kontakt, menu, stopkę, teksty i zdjęcia. W moim teście wyszła szkoła językowa z sześcioma podstronami. To nie wygląda na szkic — wygląda na skończoną stronę. Testowałem to uczciwie, czyli tak, jak zrobi to ktoś bez przygotowanych materiałów: nie wgrywałem własnych zdjęć, nie podawałem danych kontaktowych ani gotowych tekstów. Chciałem zobaczyć, co narzędzie zrobi samo i z czym zostaje człowiek.

Co faktycznie było dobre

Nie będę udawał, że to bubel, bo nie jest.

  • Strona jest lekka. Podstrona usługowa to 53 kilobajty kodu i dwa skrypty. Typowa strona zbudowana na popularnym komercyjnym kreatorze do WordPressa ładuje wielokrotnie więcej. Pod kątem szybkości to narzędzie bije większość tego, co widuję u klientów.
  • Teksty są poprawne. Polszczyzna brzmi naturalnie, bez kalek z angielskiego i bez składni, po której od razu widać maszynę.
  • Podstawy techniczne są uzupełnione. Tytuł i opis meta mieszczą się w limitach, jest adres kanoniczny, są przyzwoite adresy podstron.
  • Panel jest prosty. Osoba nietechniczna ogarnie go w kwadrans, a to wcale nie jest oczywiste.
  • Treść i zdjęcia zmienisz. To pytanie dostaję najczęściej, więc odpowiadam wprost: tak. Każda sekcja ma swój formularz, a zdjęcie wymienisz, wgrywając własny plik albo wybierając z biblioteki dostawcy. Biblioteka jest stockowa, z wyszukiwaniem po słowach kluczowych — to nie są obrazy generowane, tylko prawdziwe fotografie z gotowego zbioru.

Czego nie da się obejść

Rozdzielę to świadomie. Część rzeczy, które mnie w tym narzędziu uwierają, zniknie z którąś aktualizacją — wypisuję je osobno, niżej. Te poniżej nie znikną, bo nie są niedoróbkami. Są konsekwencją tego, jak takie narzędzie musi działać.

  • Nie ma eksportu — i nie zmieni tego przycisk „pobierz”. Pod spodem nie ma WordPressa ani żadnego standardowego systemu, tylko ich własna platforma. Nawet gdyby taki przycisk dołożyli, dostaniesz dane w ich formacie, a nie stronę, którą da się postawić gdzie indziej.
  • Edytujesz pola, nie stronę. Limit stu znaków w nagłówku mogą jutro podnieść do dwustu. Nie mogą natomiast dać Ci dowolnej struktury, bo cała obietnica tego narzędzia brzmi „nie da się tego zepsuć”. Dowolność i odporność na zepsucie wykluczają się — trzeba wybrać jedno.
  • Twoja firma musi zmieścić się w ich szufladach. Usługi, produkty, portfolio, blog. Jeśli sprzedajesz coś, co nie jest żadną z tych rzeczy, nie opiszesz tego inaczej niż naciągając.
  • Nie odróżnisz się wyglądem. Kolory, krój pisma, szablon — to cała dostępna przestrzeń. Pozostałe strony zbudowane tym narzędziem powstają z tych samych klocków i z tej samej biblioteki zdjęć. Im lepiej narzędzie działa, tym bardziej wszyscy wyglądają tak samo.
  • Strona istnieje tak długo, jak długo płacisz. Abonament plus brak eksportu znaczy tyle, że po rezygnacji nie zostaje nic: ani pliku, ani kopii, ani treści do przeniesienia. Dwa lata dopracowywania tekstów znikają razem z subskrypcją.

I rzeczy, które pewnie naprawią

Te wypisuję osobno i z datą, bo czytasz to zapewne później, niż je pisałem. Każdą z nich da się usunąć jedną aktualizacją po ich stronie — jeśli testujesz narzędzie dziś, sprawdź sam, czy jeszcze tam są. Stan na październik 2026:

  • Na wygenerowanej podstronie usługowej nie było żadnych danych strukturalnych, a to one decydują o tym, czy przy wyniku w Google pojawi się cokolwiek poza samym tytułem.
  • Opisy alternatywne zdjęć brzmiały „Zdjęcie”, a jedno zdjęcie nie miało ich wcale.
  • Obrazek do udostępniania w mediach społecznościowych wskazywał wersję w niskiej rozdzielczości.
  • W stopce stanęły dane kontaktowe z palca — numer +48 123 456 789 i adres z sufitu. Swoich nie podałem, więc nie mam pretensji, że narzędzie je wymyśliło. Mam pretensję o co innego: strona od pierwszej minuty była ustawiona na indeksowanie razem z tymi zaślepkami. Fałszywy numer pod prawdziwą nazwą firmy szkodzi w lokalnym wyszukiwaniu bardziej niż jego brak, a nikt o tym nie uprzedza.
  • Formularz kontaktowy istnieje w panelu, ale na wygenerowanej stronie nie było go wcale — jedynym wezwaniem do działania był ten nieistniejący numer telefonu.

Eksportu nie ma — sprawdzone zakładka po zakładce

Przeszedłem każdą zakładkę panelu i przeszukałem je pod kątem słów „eksport”, „pobierz”, „kopia”, „WordPress”, „FTP” i „archiwum”. Zero trafień.

Ustawienia konta oferują trzy rzeczy: usuń stronę, zmień hasło, wyloguj. Własną domenę podepniesz i to jest jedyna forma zabrania czegokolwiek ze sobą. Treść, zdjęcia i kod zostają u dostawcy. To nie jest WordPress ani żaden inny system, który dałoby się przenieść — to zamknięta platforma, a Twoja strona istnieje tak długo, jak długo trwa abonament.

Zastrzegam uczciwie: sprawdzałem konto na wersji próbnej i nie pytałem działu wsparcia. Możliwe, że na zgłoszenie coś się da. Ale w interfejsie nie ma tego nigdzie, a to już mówi, jak ważna jest dla nich ta funkcja.

Minus, którego nie ma w cenniku: nie ma tam człowieka

To jest różnica, której nie widać na liście funkcji, a która kosztuje najwięcej.

Spójrz jeszcze raz na listę rzeczy, które pewnie naprawią. Każdy pojedynczy punkt jest do poprawienia i zapewne zostanie poprawiony. Nie da się natomiast poprawić tego, że nikt ich nie zauważył. Przez cały mój test nikt nie zapytał, czy numer +48 123 456 789 jest prawdziwy, nikt nie zwrócił uwagi na adres wzięty z sufitu przy włączonym indeksowaniu ani na podstronę usługową bez jednego fragmentu danych strukturalnych. System wygenerował to wszystko i zameldował: „Twoja strona jest już gotowa”.

Bo w tym procesie nie ma nikogo, kto by patrzył. Za pół roku, kiedy formularz przestanie wysyłać wiadomości, strona wypadnie z wyników albo rozjedzie się na telefonie, nie ma do kogo napisać. Wsparcie dostawcy odpowiada za działanie usługi, nie za to, czy Twoja strona robi swoją robotę. A model, który ją napisał, nie wróci jej sprawdzić.

I tu leży cała różnica między stroną za kilkadziesiąt złotych miesięcznie a stroną za kilka tysięcy. Nie w liczbie podstron i nie w tym, kto ładniej dobierze kolory — w tym, czy ktoś wziął na siebie odpowiedzialność za wynik. Płacąc wykonawcy, kupujesz dokładnie to: osobę, która zadaje niewygodne pytania przed zrobieniem strony i odbiera telefon po jej uruchomieniu.

Dla kogo to jest dobry wybór

Powiem to jako ktoś, kto na stronach zarabia: są sytuacje, w których kreator jest właściwą decyzją i nie ma co kręcić. Jesteś jednoosobową usługą, nie masz budżetu, potrzebujesz adresu w internecie na przyszły tydzień, a strona ma być wizytówką, nie kanałem sprzedaży. Bierz. Lepsze to niż brak strony i lepsze niż strona od znajomego, który zrobi ją i zniknie. Za kilkadziesiąt złotych miesięcznie nikt nie zrobi Ci nic lepszego — ja też nie.

Kiedy zaczyna uwierać

W momencie, w którym strona ma zacząć pracować. Gdy chcesz wyjść wyżej w Google na konkretne frazy i potrzebujesz własnych podstron usługowych napisanych pod to, czego ludzie szukają. Gdy dochodzi katalog produktów, drugi język, integracja z systemem albo zbieranie zapytań w sensowny sposób. Gdy chcesz zmienić firmę hostingową lub po prostu przestać płacić abonament.

Wtedy nie migrujesz. Zaczynasz od zera — i płacisz drugi raz za to samo. Ile kosztuje ten drugi raz, rozpisałem w osobnym wpisie o cenach stron internetowych.

Sześć pytań, które warto zadać przed startem

Nieważne, u kogo zakładasz konto. Te pytania rozstrzygają wszystko:

  1. Czy dostaję WordPressa, czy stronę w Waszym systemie?
  2. Czy mogę wyeksportować treść i zdjęcia, i w jakim formacie?
  3. Czy mogę podpiąć własną domenę?
  4. Czy mogę dodawać własne podstrony i czy pola mają limity znaków?
  5. Czy strona dostaje dane strukturalne?
  6. Co się dzieje ze stroną, kiedy przestanę płacić?

Jeśli na drugie pytanie pada „nie” albo „trzeba napisać do nas”, to nie jest dyskwalifikacja. To znaczy tyle, że podejmujesz decyzję na lata, a nie na miesiąc — i dobrze o tym wiedzieć zawczasu. Jeśli chcesz to z kimś przegadać przed decyzją, napisz do mnie.

Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

W sprawdzonym przeze mnie panelu nie ma żadnej funkcji eksportu — ani treści, ani zdjęć, ani kopii zapasowej. Własną domenę podepniesz, ale strona istnieje tylko wewnątrz systemu dostawcy, więc przejście na WordPressa oznacza zbudowanie jej od nowa.

Tak. Każda sekcja ma formularz z polami, a zdjęcie wymienisz własnym plikiem albo wybierzesz z biblioteki dostawcy. Ograniczeniem są limity znaków w polach i sztywny układ sekcji — nie dopiszesz akapitu tam, gdzie nie został przewidziany.

Podstawy ma: tytuł, opis meta, adres kanoniczny i szybkie ładowanie. Brakuje reszty — na sprawdzonej podstronie nie było żadnych danych strukturalnych, a opisy alternatywne zdjęć brzmiały „Zdjęcie”. To są punkty, które w wyszukiwarce po prostu przepadają.

Zwykle kilkadziesiąt złotych miesięcznie, zwykle w ramach abonamentu hostingowego. Koszt jest jednak ciągły: strona działa tak długo, jak długo płacisz, a po rezygnacji nie zostaje Ci plik, który dałoby się gdzieś przenieść.

Kreator wystarczy na wizytówkę: adres, telefon, krótki opis usług, brak budżetu i potrzeba na już. WordPress zaczyna się opłacać, gdy strona ma przynosić zapytania — własne podstrony pod konkretne frazy, katalog, drugi język, integracje i pełna kontrola nad tym, co widzi Google.